Przez ostatnie lata customer experience stał się jednym z najczęściej odmienianych przez przypadki pojęć w marketingu. Firmy projektują ścieżki klientów, mapują punkty styku z marką, upraszczają procesy zakupowe, wdrażają chatboty, szkolą pracowników z empatii i inwestują w komunikację, która ma budzić pozytywne emocje. Wszystko po to, aby klient nie tylko kupił produkt lub usługę, ale także zapamiętał całe doświadczenie jako coś wyjątkowego i stał się w rezultacie klientem powracającym.
I choć jest to bardzo dobry kierunek, pozytywne doświadczenia rzeczywiście budują zaufanie, zwiększają lojalność i sprawiają, że klienci chętniej wracają do marki, to problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować customer experience jako dodatek do usługi, element marketingu. Istnieje jednak granica, której nie przekroczy nawet najlepiej zaprojektowane doświadczenie klienta – moment, w którym marka nie realizuje podstawowej obietnicy, przez którą klient zdecydował się skorzystać z tej oferty.
Każda komunikacja jest obietnicą
Marketing bardzo często postrzegany jest jako narzędzie sprzedaży, choć w rzeczywistości jego rola jest znacznie większa. Za pomocą narzędzi marketing realizuje się strategię marki i jej komunikacji – buduje określone oczekiwania i składa klientowi obietnicę.
Nie kupujemy przecież samego produktu – kupujemy efekt, którego się po nim spodziewamy – oszczędność czasu, większą wygodę, spokój, bezpieczeństwo, rozwiązanie konkretnego problemu. To właśnie dlatego odpowiednia komunikacja potrafi skutecznie zachęcić do zakupu.
Jednak od momentu, w którym klient staje się użytkownikiem produktu lub usługi, marketing schodzi na drugi plan. Zaczyna się etap weryfikacji – klient sprawdza, czy rzeczywistość odpowiada temu, co wcześniej obiecała marka. I jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to owe doświadczenie wzmacnia zaufanie i pozytywne emocje. Natomiast jeśli odpowiedź brzmi „nie” – to nawet najlepsza komunikacja, customer experience i kampania reklamowa zaczynają tracić swoją siłę.
Granice customer experience – case InPost
Dobrym przykładem jest usługa zagranicznej wysyłki bagażu oferowana przez InPost.
Sam pomysł, nie ma co tu dużo mówić – jest w 100% trafiony. Zamiast zabierać ciężką walizkę na lotnisko, tarabanić się z nią do taksówki, przemierzać całe lotnisko, strefy bezcłowe i płacić za bagaż rejestrowany – można nadać go kilka dni wcześniej i odebrać już na miejscu za granicą kraju. To rozwiązanie odpowiada na rzeczywisty dyskomfort wielu podróżujących i wpisuje się w to, czego klienci oczekują od nowoczesnych usług – wygody, oszczędności czasu i pieniędzy.
A jednak!
Niedawno w mediach społecznościowych pojawiła się historia osoby, która postanowiła z tej usługi skorzystać. Z trzech nadanych paczek dwie dotarły uszkodzone, natomiast trzecia – zawierająca rzeczy ciężarnej partnerki – nie dotarła wcale. Po zgłoszeniu reklamacji klient otrzymał informację, że procedura poszukiwania przesyłki może potrwać nawet 21 dni. W praktyce oznaczało to, że nawet jeśli paczka zostanie odnaleziona – nie spełni już swojej funkcji. Wakacje zakończą się wcześniej niż proces reklamacyjny.
To nie był zresztą jedyny taki przypadek. Około dziesięć miesięcy wcześniejopublikowano bardzo podobną relację. Tym razem przesyłki wysłane do Francji nie dotarły przed przyjazdem właścicieli. Efekt był taki, że zamiast cieszyć się urlopem, trzeba było kupować ubrania na miejscu.
Nie wiemy, jak często dochodzi do podobnych sytuacji ani jaki odsetek wszystkich przesyłek stanowią takie przypadki. Nie taki jest jednak cel tego artykułu.
W obu opisanych historiach klienci odebrali swoje doświadczenie jako niedotrzymanie obietnicy marki. Nie dlatego, że przesyłki zostały uszkodzone czy dotarły z opóźnieniem – takie ryzyko każda z osób brała pod uwagę decydując się na skorzystanie z usługi. Powodem było to, że usługa nie spełniła obietnicy, dla której została zakupiona – bagaż miał czekać na miejscu przed rozpoczęciem urlopu, a tak się nie stało.
To nie zawsze jest kwestia winy
W przypadku usług międzynarodowych realizacja dostawy bardzo często zależy od wielu podmiotów. Firma przyjmująca zlecenie korzysta z sieci zagranicznych operatorów logistycznych, lokalnych przewoźników czy centrów przeładunkowych. Każde z tych ogniw działa według własnych procedur, a dodatkowo funkcjonuje w odmiennych realiach organizacyjnych, prawnych i co bardzo ważne – również kulturowych.
Oznacza to, że niekażda sytuacja pozostaje pod pełną kontrolą marki, od której klient kupił usługę. Z perspektywy przedsiębiorstwa jest to ważne wyjaśnienie. Natomiast z perspektywy klienta – zmienia niewiele, bo klient nie zawiera umowy z zagranicznym operatorem logistycznym ani z lokalnym przewoźnikiem. On kupuje usługę od marki, której zaufał i która złożyła mu konkretną obietnicę.
To właśnie dlatego w customer experience tak ważne jest patrzenie na doświadczenie oczami klienta, a nie przez pryzmat wewnętrznych procesów organizacji. Klient ocenia efekt końcowy, a nie łańcuch firm i operacji potrzebnych do realizacji usługi.
Rzetelna informacja też jest elementem customer experience
Nie istnieją firmy, które nigdy nie popełniają błędów. Bez względu czy mamy do czynienia z człowiekiem, czy z maszyną – błędy będą się pojawiać. Nie istnieją również usługi całkowicie pozbawione ryzyka. Opóźnienia, awarie czy nieprzewidziane sytuacje zdarzają się w każdej branży. Pytanie brzmi czy klient wiedział o ryzyku jeszcze przed zakupem?
Jeżeli marka wie, że na określonych kierunkach dostaw mogą występować opóźnienia wynikające z pracy zagranicznych partnerów logistycznych, warto mówić o tym otwarcie. Jeżeli procedura odnalezienia zagubionej przesyłki może potrwać trzy tygodnie, klient również powinien mieć świadomość takiego scenariusza.
Czy taka informacja zniechęciłaby klienta do skorzystania z usługi? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że wpłynęłaby na sposób, w jaki zaplanowałby podróż i rozlokowanie bagażu. Miałby możliwość rozważenia różnych opcji i podjęcia działań, które zminimalizowałyby potencjalne problemy a tym samym sprawiły, że całe doświadczenie byłoby bliższe rzeczywistości.
A to właśnie zgodność oczekiwań z rzeczywistym doświadczeniem jest jednym z podstawowych czynników wpływających na satysfakcję klienta. Customer experience bardzo często utożsamiamy z wygodą korzystania z usługi i różnego rodzaju bonusami. Tymczasem w customer experience ważne jest również projektowanie oczekiwań klientów. Paradoksalnie czasami mniej atrakcyjna, ale bardziej realistyczna obietnica prowadzi do znacznie lepszego doświadczenia niż imponująca obietnica, której nie zawsze udaje się dotrzymać.
Customer experience zaczyna się od spełnienia obietnicy
Klienci potrafią wybaczyć naprawdę wiele – awarię systemu, pojedynczą pomyłkę, opóźnienie czy błąd pracownika. Ich wyrozumiałość jest tym większa, im widzą, że marka działa transparentnie, bierze odpowiedzialność za sytuację i robi wszystko, aby rozwiązać problem.
Znacznie trudniej zaakceptować sytuację, w której podstawowy cel zakupu/usługi nie został osiągnięty.
W przypadku usługi wysyłki bagażu klient nie kupuje przecież aplikacji mobilnej, estetycznych komunikatów ani sprawnego procesu nadania. Kupuje możliwość korzystania ze swoich rzeczy podczas urlopu.
Jeżeli ten cel nie zostaje zrealizowany, wszystkie pozostałe elementy doświadczenia zaczynają schodzić na dalszy plan.
To właśnie dlatego customer experience nie powinien być rozumiany jako zbiór przyjemnych doświadczeń wokół produktu czy procesu zakupowego. Jego podstawowym zadaniem jest umożliwienie klientowi osiągnięcia celu, z którym przyszedł do marki. Dopiero wtedy komunikacja, obsługa, estetyka procesu czy pozytywne emocje mają szansę budować trwałą relację.
Podsumowanie
W customer experience odpowiedzialność nie zawsze jest równoznaczna z winą. Marka może nie ponosić bezpośredniej winy za problem, ale nadal ponosi odpowiedzialność za doświadczenie klienta i swój własny wizerunek. Projektując doświadczenie klienta, nie projektuj tylko idealnego scenariusza – zaprojektuj również scenariusz, w którym coś pójdzie nie tak.
Koniec końców każda usługa kończy jednym pytaniem: czy otrzymałem to, czego oczekiwałem, decydując się na ten zakup?
Współprace między markami od kilku lat przeżywają prawdziwy renesans. Firmy coraz częściej wychodzą poza własne kategorie produktowe, łącząc światy, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą wiele wspólnego. Efekt zaskoczenia przyciąga uwagę mediów, zwiększa zasięgi i pozwala dotrzeć do nowych odbiorców. W świecie, w którym o uwagę konsumenta rywalizują tysiące komunikatów, takie połączenie staje się niezwykle kuszącą strategią.
Jednak nie każda współpraca dwóch silnych marek musi wzmacniać je w równym stopniu.
Czasami powstaje efekt synergii: marki uzupełniają się, wzajemnie rozwijają swoje znaczenia i docierają do odbiorców, do których osobno nie miałyby dostępu. Innym razem korzyść jednej strony oznacza dla drugiej wejście na obszar, który może stopniowo zmieniać jej dotychczasowy wizerunek. Współpraca nie łączy bowiem wyłącznie dwóch produktów ani dwóch logotypów, a dwa światy emocji, potrzeb i skojarzeń budowanych często przez dziesięciolecia.
I dlatego właśnie współpraca Bambino i E.Wedel, w ramach której powstały kosmetyki do kąpieli inspirowane Ptasim Mleczkiem, jest tak interesująca z perspektywy strategii marki. Nie dlatego, że jest szczególnie kontrowersyjna – bo choć budzi emocje, to kontrowersyjna nie jest. Jej istota kryje się głębiej: w pytaniu o to, co dokładnie każda z marek zyskuje dzięki tej współpracy, jakie znaczenia zostają pomiędzy nimi przeniesione i czy strategia korzystna dla jednej strony musi być równie dobra dla drugiej?
Marka to nie produkt. Marka to zbiór znaczeń
Nowe produkty bardzo często oceniamy przede wszystkim przez pryzmat funkcjonalności – zastanawiamy się, czy kosmetyk dobrze się pieni, czy przyjemnie pachnie, czy ma atrakcyjne opakowanie i czy konsumenci będą chcieli po niego sięgnąć. Z punktu widzenia strategii marki to jednak dopiero pierwsza warstwa analizy.
Marka funkcjonuje w głowie odbiorcy znacznie wcześniej, zanim weźmie on produkt do ręki. Marka jest zbiorem skojarzeń powstających poprzez komunikację, wcześniejsze doświadczenia, opinie innych osób, wygląd produktów, ich dostępność, cenę, a także emocje towarzyszące korzystaniu z nich. Im bardziej spójna i wyrazista jest ta sieć skojarzeń, tym łatwiej odbiorcy rozumieją, czym marka jest, komu służy i dlaczego warto ją wybrać.
Współpraca marek zawsze oznacza więc transfer znaczeń. Każda ze stron udostępnia drugiej nie tylko swoją rozpoznawalność, ale również cały kapitał emocjonalny, który zbudowała.
Nostalgia jednej marki może odmłodzić drugą.
Nowoczesność jednej może odświeżyć drugą.
Eksperckość jednej może zwiększyć wiarygodność partnera.
Ten sam mechanizm działa jednak również w przeciwnym kierunku. Marka może zacząć przejmować skojarzenia, które nie wynikają z jej własnej historii i niekoniecznie są zgodne z potrzebami jej odbiorców.
Bambino sprzedaje rodzicom przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa
Bambino należy do marek, których siłą jest przewidywalność, tradycja i konsekwencja. Rodzice wybierający kosmetyki dla niemowląt i małych dzieci zazwyczaj nie szukają produktu najbardziej ekstrawaganckiego ani najbardziej intensywnego sensorycznie. Szukają produktu, któremu mogą zaufać.
W kategorii kosmetyków dziecięcych mechanizm zakupowy różni się od wyboru wielu produktów dla dorosłych. Konsument nie próbuje przede wszystkim zwiększyć własnej przyjemności czy zamanifestować stylu życia, tylko stara się ograniczyć ryzyko. Zastanawia się, czy produkt jest łagodny, odpowiedni dla delikatnej skóry, bezpieczny, sprawdzony i godny zaufania. Decyzja zakupowa nie dotyczy więc wyłącznie użytkownika produktu, lecz osoby, za którą rodzic czuje się odpowiedzialny. A to zmienia cały kontekst wyboru.
Dlatego świat Bambino przez lata był budowany wokół delikatności, ochrony, troski, prostoty i codziennej pielęgnacji. Nawet zapach w tej kategorii zazwyczaj nie pełni roli głównej atrakcji. Tu zapach ma być subtelny, dyskretny, kojarzyć się z czystością i komfortem, ale nie dominować nad funkcją produktu. Rodzic nie sięga po kosmetyk Bambino dlatego, że chce, aby dziecko pachniało wyjątkowo oryginalnie. Sięga po niego, ponieważ wierzy, że produkt został stworzony z myślą o delikatnej dziecięcej skórze – a więc także o bezpieczeństwie dziecka.
W tym sensie Bambino nie sprzedaje wyłącznie kosmetyków. Sprzedaje rodzicom poczucie, że dokonali rozsądnego, odpowiedzialnego i bezpiecznego wyboru.
E.Wedel buduje świat przyjemności, nagrody i nostalgii
E.Wedel funkcjonuje w zupełnie innym kontekście emocjonalnym.
E. Wedel jest marką zbudowaną wokół przyjemności, smaku, celebracji, chwili dla siebie i drobnej nagrody. Słodycze nie służą ograniczaniu ryzyka. Ich zadaniem jest dostarczenie przyjemności. Konsument nie kupuje ich dlatego, że musi, lecz dlatego, że chce czegoś słodkiego, znajomego, poprawiającego nastrój albo kojarzącego się z konkretnymi wspomnieniami.
Ptasie Mleczko jest szczególnym produktem w portfolio E.Wedel. To nie tylko słodycz, ale marka o własnym, bardzo silnym kapitale. Któż z nas odwiedzając babcię czy dziadka nie zobaczy wyciągniętego Ptasiego Mleczka z kredensu? Ptasie Mleczko siłą rzeczy przywołuje skojarzenia z tradycją, prezentem, rodzinnymi spotkaniami, deserem podawanym gościom i produktem obecnym w polskich domach od pokoleń. Właśnie dlatego Ptasie Mleczko jest tak atrakcyjnym nośnikiem współpracy. Nie trzeba go tłumaczyć. Samo opakowanie, nazwa i charakterystyczne kostki uruchamiają zestaw utrwalonych wspomnień i emocji.
Każda współpraca ma cel
Ptasie Mleczko ma ogromną rozpoznawalność, lecz jest również mocno zakorzenione w doświadczeniach starszych pokoleń. Młodzi konsumenci nadal je znają, ale ich świat słodyczy wygląda dziś inaczej niż dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Większą rolę odgrywają w nim nowe marki, limitowane edycje, przekąski konsumowane w ruchu, produkty viralowe oraz premiery projektowane z myślą o mediach społecznościowych. Można więc przypuszczać, że jednym z celów współpracy było odmłodzenie skojarzeń z Ptasim Mleczkiem i ponowne wprowadzenie tego produktu do codzienności młodszych konsumentów. Taki ruch wydaje się być logiczną strategią dla dojrzałej marki.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy spojrzymy na współpracę z perspektywy Bambino.
Bambino
E.Wedel / Ptasie Mleczko
delikatność
intensywna przyjemność
bezpieczeństwo
nagroda
pielęgnacja
konsumpcja
troska
zachcianka
codzienna higiena
deser
minimalizacja ryzyka
maksymalizacja przyjemności
subtelność
wyrazistość
ochrona skóry
doświadczenie smaku
produkt wybierany przez rodzica dla dziecka
produkt wybierany dla przyjemności
prostota i łagodność
produkt wysoko przetworzony
zaufanie rodziców
nostalgia konsumentów
Tabela: opracowanie własne na podstawie skojarzeń budowanych przez marki Bambino i E.Wedel.
To zestawienie jest oczywiście uproszczeniem. Nie ma na celu wartościowania żadnej z marek ani przedstawiania jednego świata jako lepszego od drugiego. Pokazuje jednak, że Bambino i Ptasie Mleczko odpowiadają na zupełnie inne potrzeby psychologiczne. W jednym przypadku rodzic poszukuje spokoju i redukuje ryzyko. W drugim – konsument poszukuje przyjemności i intensyfikuje pozytywne doznania.
Rozumiem, dlaczego E.Wedel wybrał właśnie Ptasie Mleczko. To najbardziej rozpoznawalny produkt w jego portfolio, budzący nostalgię, emocje i natychmiastową rozpoznawalność. Jeżeli celem było odmłodzenie wizerunku i wejście do nowych kategorii, wybór wydaje się uzasadniony.
Nie jestem jednak przekonana, czy ta sama decyzja równie dobrze służy marce Bambino. Bo zadaniem Bambino nie jest sprawić, by kosmetyk był bardziej apetyczny. Jego zadaniem jest sprawić, aby rodzic miał poczucie bezpieczeństwa. I właśnie tutaj pojawia się we mnie największy dysonans.
Problemem nie jest zapach, lecz apetyczność produktu
Na rynku od dawna znajdują się kosmetyki pachnące czekoladą, wanilią, ciasteczkami czy brownie. Zazwyczaj nie wywołują one większych dyskusji; odnoszą się bowiem do określonego aromatu i traktują go jako część doświadczenia sensorycznego. Czekolada czy wanilia funkcjonują jednocześnie jako składniki, smaki i zapachy. Mogą być wykorzystywane w różnych kategoriach bez bezpośredniego odwołania do konkretnego produktu spożywczego.
W przypadku kosmetyków Bambino inspiracją nie jest jednak wyłącznie wanilia, malina czy czekolada – jest nią Ptasie Mleczko, czyli konkretna marka spożywcza, której sens opiera się przede wszystkim na tym, że produkt jest przeznaczony do jedzenia. Za nazwą stoją skojarzenia z deserem, smakiem, słodyczą, cukrem, nagrodą i konsumpcją. Kosmetyk nie pachnie zatem jedynie przyjemnym aromatem – ma pachnieć jak produkt, który konsument zna, rozpoznaje i spożywa.
To subtelna, lecz bardzo istotna różnica.
Silne marki nie pożyczają od siebie wyłącznie nazw i logotypów
Marki pożyczają od siebie całe pakiety znaczeń. W tym przypadku Bambino pożycza od E.Wedel nie tylko rozpoznawalność Ptasiego Mleczka, lecz również jego apetyczność. Kosmetyk ma być atrakcyjny właśnie dlatego, że przypomina znany słodycz – a więc właściwość, która w kategorii spożywczej jest podstawą sukcesu produktu, zostaje przeniesiona do kategorii pielęgnacji dziecięcej.
Dla dorosłego to kreatywna zabawa znaczeniami.
Dla dziecka – granica między tymi kategoriami może być mniej oczywista.
Marka dziecięca projektuje (nie tylko emocje rodzica, ale również) doświadczenie dziecka
W komunikacji produktów dziecięcych istnieją zazwyczaj dwa odrębne podmioty – nabywcą jest rodzic, lecz użytkownikiem i beneficjentem produktu pozostaje dziecko. To rodzic wydaje pieniądze, czyta etykietę, porównuje składy i ocenia wiarygodność marki – dokonuje wyboru. Natomiast dziecko doświadcza produktu poprzez wygląd, konsystencję, nazwę, zapach, kolor i sposób użycia.
Marka musi więc projektować komunikację równocześnie dla dwóch osób, które inaczej interpretują ten sam bodziec.
Rodzic może zobaczyć w opakowaniu nostalgię, limitowaną serię i zabawne nawiązanie do produktu z dzieciństwa. Dziecko – widzi znajomy słodycz, jego nazwę, charakterystyczną formę i zapach przypominający jedzenie. Dorosły rozumie konwencję, wie, że żel może pachnieć jak deser, ale pozostaje kosmetykiem. Kilkuletnie dziecko dopiero uczy się porządkować świat i rozpoznawać granice między kategoriami.
Dziecko poznaje rzeczywistość poprzez zmysły.
Jeżeli coś pachnie pomarańczą, może uznać, że jest z pomarańczy.
Jeżeli na opakowaniu widzi truskawki, zakłada, że produkt ma z nimi bezpośredni związek.
Jeżeli kosmetyk nosi nazwę znanego słodycza, wygląda podobnie i pachnie jak deser – naturalnym następstwem może być ciekawość: skoro tak pachnie, to jak smakuje?
Dla dorosłego takie pytanie może brzmieć zabawnie. Dla dziecka jest naturalnym elementem poznawania świata.
Nie oznacza to, że każde dziecko spróbuje kosmetyku ani że sama współpraca automatycznie prowadzi do niebezpiecznych sytuacji. Chodzi o szerszą zasadę projektowania produktów dla najmłodszych. Bezpieczeństwo nie kończy się na składzie, testach dermatologicznych i właściwościach receptury. Bezpieczeństwo obejmuje również sposób, w jaki produkt komunikuje swoje przeznaczenie. Nazwa, zapach, kolor, grafika i kontekst marki mogą wzmacniać albo osłabiać czytelność granicy pomiędzy kosmetykiem a jedzeniem.
Marka dziecięca powinna więc projektować doświadczenie dziecka, a nie wyłącznie emocje rodzica.
Zmienia się także stosunek rodziców do słodyczy
Współpraca Bambino i E.Wedel pojawia się również w szczególnym kontekście społecznym. Zmienia się sposób, w jaki rodzice myślą o diecie dzieci, nagradzaniu jedzeniem i budowaniu relacji ze słodyczami. Coraz więcej opiekunów świadomie ogranicza cukier, czyta składy, unika przedstawiania czekolady jako nagrody i próbuje od początku budować bardziej neutralny stosunek dziecka do jedzenia.
Nie oznacza to, że dzieci przestały jeść słodycze. Zmieniają się jednak okoliczności, częstotliwość i znaczenie, jakie rodzice im przypisują. Jeszcze kilkanaście lat temu czekoladka była niemal automatycznym elementem dzieciństwa, prezentem od dziadków, nagrodą za dobre zachowanie albo pocieszeniem. Dziś coraz częściej rodzice próbują oddzielać jedzenie od nagradzania, pocieszania i regulowania emocji. Zamiast czekoladki wybierają owoc, wspólną aktywność albo inną formę przyjemności.
Na tym tle wykorzystanie kultowego słodycza jako głównego motywu kosmetyku dla małych dzieci staje się jeszcze bardziej złożone. E.Wedel może dzięki tej współpracy wejść do świata młodszych konsumentów, odmłodzić Ptasie Mleczko i ponownie nadać mu kulturową aktualność. Bambino bierze jednak na siebie ciężar przeniesienia słodyczy do kategorii codziennej pielęgnacji dziecka.
To pokazuje asymetrię tej współpracy. Dla E.Wedel jest ona sposobem na odzyskanie uwagi młodszych odbiorców. Dla Bambino może oznaczać odejście od własnej podstawowej obietnicy i przesunięcie uwagi z bezpieczeństwa oraz łagodności w stronę zabawy zapachem, nostalgii i atrakcyjności produktu spożywczego.
Podsumowanie
Nie twierdzę, że współpraca Bambino i E.Wedel okaże się błędem. Nie jest to kontrowersyjna współpraca, a jedynie dość szokująca – na tyle, aby po prostu o tej decyzji mówić. Marketing od lat korzysta z nieoczywistych połączeń, a przenoszenie znanych smaków i zapachów do nowych kategorii często budzi ciekawość odbiorców. Być może ta współpraca osiągnie bardzo dobre wyniki sprzedażowe i przyciągnie nowych klientów.
Rozumiem, dlaczego E.Wedel wybrał właśnie Ptasie Mleczko do tej kampanii. To produkt o ogromnym kapitale, lecz mocno zakorzeniony w doświadczeniach starszych konsumentów. Można przypuszczać, że jednym z celów współpracy było odmłodzenie jego wizerunku, dotarcie do nowych grup i ponowne umieszczenie go w codzienności młodszych pokoleń. Z punktu widzenia E.Wedel ten wybór jest spójny i strategicznie uzasadniony.
Moje wątpliwości zaczynają się po stronie Bambino: czy marka kierowana do małych dzieci powinna budować atrakcyjność produktu na jego podobieństwie do konkretnego słodycza? Marka dziecięca nie odpowiada bowiem wyłącznie za to, czy produkt spodoba się rodzicowi i czy będzie dobrze wyglądał w kampanii. Odpowiada także za doświadczenie dziecka, które inaczej niż dorosły interpretuje nazwę, zapach, grafikę i powiązanie kosmetyku z jedzeniem.
Zadaniem E.Wedel jest sprawić, aby Ptasie Mleczko było apetyczne. Zadaniem Bambino jest sprawić, aby kosmetyk był bezpieczny, a jego przeznaczenie czytelne zarówno dla rodzica, jak i dla dziecka.
I właśnie w tym miejscu przebiega najważniejsza granica tej współpracy.
Kiedy myślimy o love brand, najczęściej wyobrażamy sobie markę, której produkty regularnie kupujemy, polecamy znajomym i o której chętnie wypowiadamy się w samych pozytywach. Wydaje nam się, że silna więź z marką rodzi się dopiero wtedy, gdy sami doświadczymy wysokiej jakości produktu lub usługi. Tymczasem moje trzy marki, dla których najchętniej pracowałabym, łączy coś zaskakującego – nigdy nie byłam ich klientką. Nigdy nie wyjechałam na wakacje z Rainbow Tours. Nigdy nie wzięłam udziału w Runmageddonie. Nigdy nie zamówiłam diety pudełkowej z Kuchni Vikinga. W przypadku niektórych z tych marek nie należę nawet do ich grupy docelowej. Nigdy też nie marzyłam o sprzedaży wycieczek, organizowaniu biegów z przeszkodami czy pracy w cateringu dietetycznym. A jednak, gdy tylko widzę prowadzone przez te firmy rekrutacje, zawsze sprawdzam, czy akurat nie poszukują kogoś z moimi doświadczeniami. Czytam ogłoszenia i łapię się na myśli, że właśnie w tych organizacjach mogłabym odnaleźć się zawodowo. I nie dlatego, że fascynuje mnie ich branża, ale dlatego, że mam poczucie, że są to organizacje, z którymi mam podobny vibe i wartości.
Love brand nie zawsze zaczyna się od zakupu
Jako strateg marki od lat powtarzam, że wizerunek marki nie powstaje w dziale marketingu – on się tam jedynie materializuje. Wizerunek powstaje w głowie odbiorcy jako suma wszystkich doświadczeń, skojarzeń i emocji związanych z organizacją. Do tej pory najczęściej analizowałam ten mechanizm z perspektywy klientów. Tym razem uświadomiłam sobie, że dokładnie ten sam proces zachodzi również u osób, które klientami nigdy nie były. Nie znam kultury organizacyjnej Kuchni Vikinga, Rainbow ani Runmageddonu. Nie wiem, jak wygląda codzienna współpraca, procesy czy atmosfera w zespołach. A jednak zbudowałam sobie ich obraz, który sprawił, że chciałabym być częścią tej historii.
Wizerunek marki powstaje także poza grupą docelową
W marketingu dużo mówi się o tym, że marka powinna komunikować się z grupą docelową. Tworzymy persony, analizujemy potrzeby klientów i projektujemy komunikację tak, aby przekonać ich do zakupu. Rzeczywistość jest taka, że marka komunikuje się również z ludźmi, którzy nigdy nie staną się jej klientami. Co więcej, marka nie wybiera, kto buduje sobie o niej opinię. Nie wybiera również tego, z kim będzie później kojarzona. I właśnie tutaj pojawia się mechanizm, o którym w marketingu mówi się zdecydowanie za rzadko i… zbyt płytko.
Transfer emocji i skojarzeń – niewidzialny twórca wizerunku marki
Wyobraź sobie, że spotykasz się z osobą, która od lat zamawia catering z Kuchni Vikinga. Spędzacie razem dużo czasu, budujecie wspomnienia, rozmawiacie o życiu, śmiejecie się, planujecie przyszłość. Catering stoi na stole niemal każdego dnia i staje się zwyczajnym elementem codzienności. Po pewnym czasie zauważasz, że sam zaczynasz odbierać tę markę ciepło, choć nigdy nie zamówiłeś od niej ani jednego posiłku. Ale równie dobrze ta historia mogłaby zakończyć się inaczej – relacja kończy się i zostają trudne emocje. Po jakimś czasie widzisz reklamę Kuchni Vikinga i pierwszą rzeczą, jaka pojawia się w głowie, nie jest analiza oferty ani produktu tylko analiza własnych emocji. Marka nie zrobiła nic – nie zmieniła komunikacji, nie pogorszyła produktu, nie popełniła żadnego błędu. Zmieniło się jedynie skojarzenie, jakie powstało w twojej głowie. Psychologia opisuje ten mechanizm jako transfer emocji i skojarzeń. Bardzo często przenosimy emocje związane z ludźmi na rzeczy, miejsca czy marki, które z nimi kojarzymy. W marketingu najczęściej mówi się o tym w kontekście ambasadorów i influencerów. Tymczasem dokładnie ten sam mechanizm może dotyczyć zwykłych klientów. Dlatego wizerunek marki budują również ludzie, którzy z niej korzystają. Nie dlatego, że świadomie reklamują produkt, ale dlatego, że stają się częścią skojarzeń, jakie budowane są wokół marki. Organizacja nie ma wpływu na to, z kim zostanie powiązana w naszej pamięci, a jednak to powiązanie może sprawić, że zaczniemy ją lubić, pozostaniemy wobec niej obojętni albo zaczniemy jej unikać.
Love brand jest sumą emocji, a nie tylko doświadczeń
To właśnie dlatego love brand nie powstaje wyłącznie dzięki świetnej kampanii reklamowej czy doskonałemu produktowi. Reklama może sprawić, że zwrócimy uwagę na markę, a produkt może zachęcić do pierwszego zakupu. Ale o tym, czy organizacja stanie się nam bliska, decyduje jednak znacznie więcej niż komunikacja czy własne doświadczenia. Love brand tworzą historie opowiadane przez innych ludzi; wspomnienia, skojarzenia, emocje. A czasem również osoby, z którymi marka nieświadomie splata się w naszej pamięci. Dlatego love brand nie jest tym, co marka mówi o sobie. Love brand jest tym, co człowiek czuje i pamięta, kiedy widzi jej nazwę. Czasami źródłem tych emocji jest własne doświadczenie. Czasami historia usłyszana od znajomego. A czasami człowiek, z którym marka już na zawsze będzie nam się kojarzyć.
Co ten mechanizm oznacza dla strategii marki?
Z perspektywy osób odpowiedzialnych za strategię marki i komunikację marki ten mechanizm prowadzi do bardzo ważnego wniosku – grupa docelowa nie kończy się na osobach, które mogą kupić produkt.
Każdy człowiek, który zetknie się z marką, może stać się odbiorcą jej komunikacji i nigdy nie mamy pewności, czy zostanie klientem marki, czy nie. Taka osoba będzie mogła obserwować sposób prowadzenia mediów społecznościowych, reakcje na kryzysy, odpowiedzi udzielane klientom, wartości reprezentowane przez społeczność czy zachowania osób, które z marką się utożsamiają. Z tych wszystkich elementów zbuduje własny obraz marki i organizacji.
To oznacza, że projektując komunikację marki, warto myśleć szerzej niż o samym procesie sprzedaży. Każdy komunikat, każda interakcja i każde doświadczenie mogą zostać zapamiętane przez kogoś, kto dziś wydaje się przypadkowym obserwatorem, a za kilka lat stanie się klientem, partnerem biznesowym lub kandydatem do pracy.
Nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkich skojarzeń, które ludzie będą budować wokół marki. Możemy jednak świadomie projektować doświadczenia i komunikację, które zwiększają prawdopodobieństwo, że te skojarzenia będą spójne z wartościami organizacji.
Love brand daje kandydatom coś więcej niż motywację
Love brandy mają jeszcze jedną przewagę, o której rzadko mówi się w kontekście rekrutacji. Na rozmowie kwalifikacyjnej niemal każdy kandydat słyszy pytanie: Dlaczego chce Pan/Pani pracować właśnie u nas?
W przypadku przeciętnej marki odpowiedź często sprowadza się do zakresu obowiązków, możliwości rozwoju czy atrakcyjnych warunków zatrudnienia.
Love brand daje kandydatowi prawdziwą historię. Może to być sposób, w jaki marka potraktowała swoich klientów w sytuacji kryzysowej. Może to być wartościowa komunikacja, która od lat inspiruje odbiorców. Może to być społeczność ludzi, z którą kandydat chce się utożsamiać. A czasem to pozytywne skojarzenia zbudowane przez ludzi, z którymi marka była obecna w ważnych momentach jego życia.
I właśnie wtedy odpowiedź na pytanie Dlaczego chce Pan/Pani u nas pracować? staje się opowieścią o emocjach, wartościach, zaufaniu, bezpieczeństwie i doświadczeniach, które dojrzewały w głowie kandydata przez długi czas.
Wybór ambasadora marki niemal zawsze wywołuje emocje; szczególnie, gdy marka przez lata nie korzystała z rozpoznawalnych twarzy, a następnie decyduje się na osobę, która od lat budzi skrajne opinie. Dokładnie taka sytuacja miała miejsce w przypadku marki SAVICKI, która do swojej najnowszej kampanii zaprosiła Dodę.
Od momentu ogłoszenia współpracy w mediach społecznościowych rozpoczęła się gorąca dyskusja – jedni uznali tę decyzję za odważną i przemyślaną, a inni stwierdzili, że Doda nie pasuje do marki jubilerskiej premium, ponieważ kojarzy się z kontrowersją, sztucznością czy brakiem klasy. Pojawiły się głosy, że marka powinna reprezentować elegancję i ponadczasowość, a ambasador powinien być naturalnym przedłużeniem tych wartości.
Czy oznacza to, że już dziś można powiedzieć, że SAVICKI podjęło dobrą albo złą decyzję?
Moim zdaniem nie, bo nie da się rzetelnie ocenić strategii marki na podstawie jednego działania. A właśnie to bardzo często robimy w internecie – zarówno jako marketerzy, jak i konsumenci. Patrzymy na pojedynczą kampanię i niemal natychmiast wydajemy wyrok, oceniamy, czy ambasador pasuje do marki, czy sami chcielibyśmy być z nim kojarzeni, czy odpowiada naszemu poczuciu estetyki i wartości. Tymczasem strategia marki nie składa się z jednego działania, tylko wielu decyzji, które dopiero razem tworzą określony kierunek.
Problem polega na tym, że tego kierunku jeszcze nie znamy.
Jedna kampania nie jest strategią marki
Każda decyzja komunikacyjna powinna wynikać z długofalowej strategii. Marka wie, dokąd zmierza i jaki wizerunek chce budować, jakie cele biznesowe chce osiągnąć i do jakich odbiorców chce dotrzeć. My, konsumenci, odbiorcy treści – tego nie wiemy.
Jako obserwatorzy widzimy jedynie fragment większej całości. Nie znamy planów na kolejne miesiące i nie wiemy, czy wybór ambasadora jest początkiem zmiany pozycjonowania marki, elementem nowej strategii komunikacji czy może pierwszym krokiem do dotarcia do nowej grupy klientów.
Oceniamy więc pojedynczy ruch, nie znając całej rozgrywki.
To trochę tak, jakby próbować ocenić książkę po przeczytaniu pierwszego rozdziału albo film po obejrzeniu jednej sceny. Być może w przypadku SAVICKI właśnie oglądamy moment, który za kilka miesięcy okaże się początkiem większej historii. A być może będzie to eksperyment, z którego marka wyciągnie wnioski.
Dzisiaj po prostu tego nie wiemy.
Dlaczego tak łatwo oceniamy markę po jednym działaniu?
To naturalny sposób działania naszego mózgu.
Nie lubimy niepewności. Znacznie łatwiej jest nam wyciągnąć szybki wniosek niż zaakceptować fakt, że nie mamy jeszcze wszystkich informacji. Dlatego bardzo często budujemy opinię o człowieku, marce czy kampanii na podstawie jednego wydarzenia.
Jeżeli ambasador nam się podoba, łatwo uznać, że marka podjęła świetną decyzję. Jeżeli go nie lubimy – równie łatwo stwierdzić, że kampania jest porażką.
Dokładnie ten sam mechanizm działa w wielu innych sytuacjach:
Wystarczy jedna nieudana obsługa klienta, aby ktoś uznał, że firma ma fatalny customer experience.
Wystarczy jedna świetna reklama, aby stwierdzić, że marka jest doskonale zarządzana.
Tymczasem ani jedno pozytywne, ani jedno negatywne doświadczenie nie definiuje całości. Silne marki buduje się poprzez konsekwencję. To właśnie powtarzalność działań sprawia, że w świadomości odbiorców powstaje określony wizerunek marki.
Największym błędem jest ocenianie kampanii z własnej perspektywy
To jedna z rzeczy, którą powtarzam przy każdym projekcie dotyczącym strategii marki, strategii komunikacji czy customer experience – w działaniach wizerunkowych zawsze powinny wygrywać dwie strony – marka i jej klient.
Ambasador nie jest celem samym w sobie – jest narzędziem komunikacji, które ma pomóc marce osiągnąć określony cel strategiczny i biznesowy.
Dlatego zamiast pytać:
Czy ja wybrałbym takiego ambasadora?
Czy ja lubię tę osobę?
Czy ja chciałbym być z nią kojarzony?
Czy moim zdaniem pasuje do marki premium?
Powinno się zadać pytanie: czy ten wybór pomoże marce zbudować relację z klientami, do których chce dotrzeć?
Psychografia klientów jest ważniejsza niż opinia branży
W dyskusjach o kampaniach bardzo często mówi się o spójności wizerunkowej. O tym, że ambasador powinien reprezentować podobne wartości, styl życia czy sposób komunikacji jak marka. To oczywiście ważny element strategii, ale równie istotne jest dopasowanie do psychografii klientów, czyli ich sposobu myślenia, motywacji, aspiracji i wartości.
Dobrym przykładem są osoby określane jako poszukujący.
Poszukujący to konsumenci, którzy cenią nowość, odwagę, indywidualizm i możliwość wyróżnienia się. Chętnie wybierają marki wyraziste, które nie boją się łamać schematów. Dla nich zakup nie jest wyłącznie transakcją. Jest również sposobem wyrażania siebie.
Warto pamiętać, że to, co dla jednych będzie kontrowersją, dla innych może być oznaką odwagi, autentyczności czy niezależności.
Jedna decyzja nie buduje marki
W marketingu bardzo często szukamy prostych odpowiedzi. Chcemy wiedzieć, czy kampania była dobra, czy zła, czy wybór ambasadora był trafiony, czy nie.
Tymczasem marki nie rozwijają się w rytmie pojedynczych decyzji. Silną markę buduje suma setek działań – sposób prowadzenia komunikacji, jakość produktów, obsługa klienta, reakcje na kryzysy, działania employer brandingowe, kampanie reklamowe, współprace – decyzje podejmowane miesiąc po miesiącu.
Dopiero z perspektywy czasu widać, czy wszystkie te elementy stworzyły spójną historię. I tak, jak jedna dobra decyzja nie gwarantuje sukcesu, tak jedna zła decyzja nie przekreśla strategii.
Strategia zawsze jest procesem.
Czy współpraca SAVICKI i Doda to dobry pomysł?
Dzisiaj nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć, na to pytanie. Zobaczyliśmy narazie pierwszy krok.
O tym, czy był to właściwy, zdecyduje dopiero to, co wydarzy się później. Czy kolejne kampanie będą rozwijały ten sam kierunek? Czy komunikacja pozostanie konsekwentna? Czy zmieni się sposób postrzegania marki przez klientów? Czy uda się osiągnąć zakładane cele biznesowe?
Dopiero gdy będziemy mieć szerszy obraz działań marki będziemy mogli powiedzieć, czy wybór Dody jako ambasadora był początkiem dobrze przemyślanej strategii, czy jedynie głośnym wydarzeniem, które wywołało emocje, ale nie przełożyło się na rozwój marki.
Podsumowanie
Strategię marki ocenia się po konsekwencji, nie po emocjach. W marketingu łatwo ulec pokusie oceniania pojedynczych działań, a znacznie trudniej spojrzeć na markę z perspektywy procesu. A przecież właśnie na tym polega strategia – na konsekwentnym budowaniu określonego kierunku poprzez dziesiątki działań, które z czasem zaczynają tworzyć w świadomości klientów konkretny obraz marki.
Jeżeli wybór Dody wynika z przemyślanej strategii, to z dużym prawdopodobieństwem nie jest to jednorazowa kampania, lecz pierwszy element większej historii, która bez wątpienia jeszcze da o sobie głośno znać.
Wiele firm wciąż buduje swoją komunikację wokół cech produktu. Biorą produkt do ręki i zastanawiają się, co warto o nim powiedzieć? Czym się charakteryzuje? Co go wyróżnia? Lepsza jakość, szybsze działanie, nowoczesna technologia, więcej funkcji czy niższa cena – to argumenty, które pojawiają się niemal w każdej branży i przy każdym produkcie. Szkopuł polega jednak na tym, że klienci bardzo rzadko podejmują decyzje wyłącznie na podstawie racjonalnych przesłanek. O tym, czy kupią produkt, często decydują emocje, przekonania oraz to, jak zakup wpływa na ich obraz samych siebie.
To właśnie dlatego znajomość emocji grupy docelowej jest jednym z najważniejszych elementów strategii marki, strategii komunikacji i projektowania doświadczeń klientów.
Świetnie pokazuje to jedno z najbardziej znanych badań psychologii konsumenta przeprowadzone przez Ernesta Dichtera i rozwinięte przez Masona Haire’a w latach 50. XX wieku podczas wprowadzania kawy rozpuszczalnej Nescafé na rynek amerykański.
Dlaczego dobra kawa nie chciała się sprzedawać
Zanim kawa rozpuszczalna trafiła do sprzedaży, producent przeprowadził klasyczne badania konsumenckie. W ślepych testach gospodynie domowe oceniały smak kawy bardzo wysoko, a w wielu przypadkach nawet lepiej niż tradycyjnie mieloną kawę Maxwell House.
Wszystko wskazywało więc na sukces – produkt był wygodniejszy, szybszy w przygotowaniu i dobrze oceniany pod względem smaku. Posiadał więc bardzo silne korzyści funkcjonalne, które (z perspektywy producenta) powinny przekonać konsumentki do zakupu. Po premierze jednak okazało się, że sprzedaż jest znacznie niższa od oczekiwań. Co więcej, klientki deklarowały, że kawa im nie smakuje. Było to zaskakujące, ponieważ przeczyło wynikom wcześniejszych badań.
Problemem nie był produkt. Problemem były emocje.
Aby zrozumieć przyczynę niepowodzenia, przeprowadzono kolejne badanie z wykorzystaniem techniki projekcyjnej.
Uczestniczkom pokazano dwie niemal identyczne listy zakupów. Jedyna różnica polegała na tym, że na jednej znajdowała się kawa rozpuszczalna Nescafé, a na drugiej tradycyjna kawa mielona Maxwell House. Następnie poproszono kobiety o opisanie osoby, która zrobiłaby takie zakupy.
Wyniki okazały się niezwykle interesujące.
Kobieta kupująca kawę rozpuszczalną była znacznie częściej opisywana jako leniwa, źle planująca wydatki czy nawet będąca gorszą gospodynią. Natomiast osoba wybierająca tradycyjną kawę – była postrzegana jako bardziej oszczędna i gospodarna.
Warto zauważyć, że uczestniczki nie oceniały samej kawy. Oceniały człowieka, który po nią sięgał.
I właśnie tutaj ujawniła się prawdziwa bariera zakupowa.
Klienci kupują nie tylko produkt. Kupują także jego znaczenie.
Z perspektywy producenta kawa rozpuszczalna oznaczała wygodę i oszczędność czasu. Z perspektywy klientek – jej wybór zagrażał ich tożsamości. W kulturze lat 50. dobra gospodyni była osobą pracowitą, troskliwą i poświęcającą czas rodzinie. Sięgnięcie po produkt ułatwiający pracę mogło zostać odebrane jako lenistwo lub brak zaangażowania.
Problemem nie była więc jakość produktu, tylko lęk przed oceną społeczną i utratą przynależności do grupy dobrych gospodyń.
To pokazuje, że emocje grupy docelowej potrafią całkowicie zneutralizować nawet najbardziej atrakcyjne korzyści funkcjonalne.
Dlaczego same cechy produktu nie wystarczą?
Firmy często zakładają, że klient zachowuje się racjonalnie – skoro produkt jest lepszy, szybszy i tańszy, powinien wygrać z konkurencją.
Rzeczywistość wygląda jednak inaczej – oprócz funkcjonalności, ludzie kupują również poczucie bezpieczeństwa, przynależności, statusu, spójności z własnymi wartościami czy pozytywnego obrazu siebie.
Każdy zakup niesie za sobą pewien komunikat – nie tylko wobec innych ludzi, ale również wobec samego siebie. To właśnie dlatego dwie osoby mogą identycznie ocenić parametry produktu, a mimo to podjąć zupełnie różne decyzje zakupowe.
Strategia marki powinna odpowiadać na emocje klientów
Gdyby producent kawy rozpuszczalnej znał prawdziwe obawy swoich klientek wcześniej, prawdopodobnie inaczej zaprojektowałby komunikację marki. Zamiast przekonywać, że kawa jest wygodniejsza i szybsza w przygotowaniu, mógłby pokazać, że korzystają z niej troskliwe, nowoczesne i odpowiedzialne gospodynie, które dzięki zaoszczędzonemu czasowi mogą poświęcić więcej uwagi rodzinie.
To właśnie na tym polega dobra strategia komunikacji. Nie na głośniejszym mówieniu o zaletach produktu, lecz na zrozumieniu emocji, które towarzyszą decyzjom klientów.
DOŁĄCZ DO GRUPY
i bierz udział w dyskusjach na temat wizerunku i komunikacji marek!
Poznanie emocji klientów pozwala projektować lepsze doświadczenia
Badanie dotyczące kawy rozpuszczalnej pokazuje, że klienci bardzo często nie potrafią lub nie chcą powiedzieć, dlaczego tak naprawdę podejmują określone decyzje. Ich odpowiedzi bywają racjonalizacją znacznie głębszych motywacji. Dlatego skuteczne projektowaniecustomer experience nie zaczyna się od mapowania procesu zakupowego ani od tworzenia kolejnych funkcjonalności tylko od zrozumienia człowieka – jego potrzeb, wartości, obaw i emocji.
Dopiero kiedy bardzo dobrze rozłoży się na czynniki pierwsze grupę docelową – można świadomie projektować komunikację, doświadczenia i wizerunek marki w taki sposób, aby klient czuł, że dokonując zakupu, wzmacnia swój obraz siebie, a nie mu zagraża.
Podsumowanie
O sukcesie produktu nie zawsze decydują jego właściwości funkcjonalne. Skupianie się wyłącznie na produkcie sprawia, że nie bierze się pod uwagę najważniejszego elementu – człowieka. Czasami największą barierą w sprzedaży okazują się emocje, których klient nawet nie potrafi nazwać. To właśnie dlatego znajomość emocji grupy docelowej jest fundamentem skutecznej strategii marki, strategii komunikacji i projektowania doświadczeń klientów. Marka, która rozumie nie tylko to, czego potrzebują klienci, ale również czego się obawiają i jak chcą być postrzegani, buduje znacznie silniejszą przewagę konkurencyjną niż ta, która ogranicza komunikację wyłącznie do opisywania cech swojego produktu.
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.
Najnowsze komentarze